W zdrowym związku mniej lub bardziej intensywne kłótnie to standard, bo nawet, jeśli jeśli jesteśmy dojrzali i odpowiedzialni, to każdemu z nas mogą czasami puścić nerwy. Dzisiaj o kłótniach rozmawiam z Dizajnuchem 🙂, który sporo pisze na damsko-męskie tematy i ma ogromne doświadczenie w temacie jako długoletni mąż „sic!” i ojciec rodziny. Miłej lektury!

On krzyknie, Ona się obrazi, albo odwrotnie: Ona tupnie nóżkami, On wyjdzie z pokoju i oleje temat. Czyli jak się kłócić, żeby związek na tym nie ucierpiał?

Dizajnuch. Oj, mam wrażenie, że to pytanie nie do mnie, tylko do MałejŻonki 🙂 – Ona umie się kłócić. Ale ja umiem w się godzić, więc to się wyrównuje. A jak się kłócić? Jeśli już musimy, to paradoksalnie im częściej, tym lepiej (oczywiście bez przegięć – codzienna awantura nikomu nie wychodzi na zdrowie, cotygodniowa też nie). Dlaczego? Bo wtedy nie mamy nagromadzonych kilogramów żalu i tony wyrzutów z powodu czegoś, co było dawno i mam wrażenie, że wtedy kłótnia jest mniej emocjonalna, a bardziej merytoryczna, jakkolwiek by to głupio nie brzmiało. I pogodzić się potem łatwiej. Choć ja jestem zdania, że kiedy się codziennie rozmawia, to wtedy już nie dojdzie do kłótni bez naprawdę ważnego powodu – przegadanie naszych codziennych bolączek znacząco redukuje pokłady takiego „zwykłego” wkurwu i nawet jeśli ta rozmowa jest mocno naładowana emocjami, to zazwyczaj wyhamowuje przed wybuchem.

Łatwo jest mówić, gorzej zrobić. Kiedy się nie ma dzieci, łatwiej wyjaśniać sobie na bieżąco pewne sprawy, bo na rozmowę zawsze znajdzie się czas. Ale kiedy mamy dzieci i zapierniczamy pomiędzy pracą a domem jak mały samochodzik to często brakuje nam czasu na codzienną rozmowę. No to jak to jest z tym gadaniem? Kiedy i jak rozmawiać? Żeby nic się nie nagromadziło? Zwłaszcza, że często koło nas są dzieci…..

Dizajnuch. My mamy ten komfort, że pracujemy razem, dodatkowo we własnej firmie, gdzie nikt inny w biurze nie pracuje, więc nawet pomimo dwójki chłopaków na rozmowę znajdujemy czas. Mamy nawet taki mały poranny rytuał, że przy kawie sobie rozmawiamy „o życiu”. Niedobrą praktyką jest natomiast poruszanie tematów trudnych kiedy dzieci już zasną, tuż przed snem. A wiem, że większość kobiet taką tendencję ma – jak tu wtedy zasnąć, kiedy głowa eksploduje od miliona emocji, pytań i tematów? Nie wiem więc, co mam tu doradzić, bo nasza sytuacja pod tym względem jest dużo bardziej komfortowa, niż w innych małżeństwach. Ale za to dochodzą nam inne tematy do kłótni 🙂

Więc wracając do pytania – na pewno w miarę możliwości nie przy dzieciach, bo niestety, nawet jak sobie zakładacie, że to ma być spokojna rozmowa, to w trakcie może różnie wyjść. My na przykład mamy taką zasadę, że po takiej wielkiej awanturze staramy się temat przegadać już na spokojniej i przeanalizować, o co tak naprawdę była ta kłótnia.

Też jestem zwolennikiem wyciągania wniosków. Dobrze jest ochłonąć i zastanowić się, o co właściwie poszło, a potem to przegadać. I znaleźć rozwiązanie. Wydaje mi się, że to właśnie to rozwiązanie problemu jest najważniejsze w całej kłótni. Konstruktywnej kłótni. No bo po to się w końcu kłócimy, żeby coś osiągnąć. Bo coś nam przeszkadza. Bo coś chcemy zmienić.

Ale niestety sporo ludzi nie umie się kłócić. Zrobią chryję i sobie pójdą. Albo w ogóle nic nie zrobią, tylko będą wszystkie żale kisić w sobie i potem będą dokuczać. Tak nawiasem mówiąc, czy nie sądzisz, że takie udawanie jest zmorą większości ludzi? Którzy nie kłócą się/nie dyskutują nawet w gronie najbliższych? I ciągle udają, że wszystko jest OK? Nawet jak OK nie jest?

Dizajnuch. Oj wiesz, czasami się kłócimy, bo nie chodzi nam o nic więcej, niż to, że mamy po prostu zły dzień 🙂 Ale też dobrze potem to przegadać i jeszcze lepiej przeprosić.

Dla mnie to w ogóle jest wielki dramat takich związków (a znam takich kilka), w których nikt ze sobą nie rozmawia i na zewnątrz tylko widzimy piękny obrazek kochającej się rodziny, a w środku nie ma niczego poza wspólnymi dziećmi i kredytem. Z różnych względów tak się dzieje, ale raczej ciężko mi sobie wyobrazić, że w takim związku jest dobrze. Co najwyżej nie jest źle, jeśli wiesz, o co mi chodzi. Takim ludziom jedyne, co mógłbym doradzić to terapia małżeńska (zresztą terapię poleciłbym wszystkim związkom). I to wcale niekoniecznie dopiero wtedy, kiedy pojawią się problemy – wcześniej też, bo terapia nie służy tylko do tego, żeby owe problemy rozwiązać, ale (może nawet bardziej) do lepszego poznania się nawzajem i tego, jakie mechanizmy rządzą naszym zachowaniem. I nie ma się czego wstydzić, a wiem, że zwłaszcza faceci mają z tym problem. Przegadanie problemów nie tylko ze sobą, ale i z terapeutą.

A może ja po prostu uwielbiam gadać? 🙂

To widać, że lubisz. Widać to gołym okiem po długości Twoich blogowych wpisów 😉

Ale wracając do tematu. Zgadzam się z Tobą, że warto pracować nad związkiem. To tak, jak z pracą – kiedy ją zaniedbamy, nie przynosi wymiernych korzyści i zamiast dawać siłę, ściąga w dół.

To, czy będziemy pracować sami z sobą czy w obecności trzeciej osoby, nie ma aż tak dużego znaczenia. Ale ma za to znaczenie fakt, czy będziemy cokolwiek robić. Często jest tak, że ustalamy sobie biznesowe plany na przyszłość, ale z własnym życiem  nie robimy nic. I żyjemy tak po prostu, na zasadzie „jakoś to będzie”. A potem wybucha jedna mina, potem druga a potem ciężko jest to wszystko pozbierać do kupy. Warto więc przeanalizować nasze zapalne punkty, i zastanowić się, co zrobić, żeby ich uniknąć. Działać po prostu prewencyjnie. Bo poza spontanicznymi kłótniami, kiedy jesteśmy źli, często kłócimy się o te same rzeczy. „- Czemu nie kupiłeś mydła, dlaczego nie posprzątałeś po sobie?” itp. A przecież wystarczy siąść na tyłku i ustalić, kto za co odpowiada. Kto kupuje to mydło i w jaki sposób sprzątamy po sobie naczynia. Tylko, że nie każdy chce o tym rozmawiać. I nie każdy chce wziąć odpowiedzialność za to cholerne mydło czy sprzątanie. I chyba tutaj jest największy problem, nie sądzisz? Bo łatwiej sobie ponarzekać niż zadeklarować się, że odtąd to my będziemy dbali o odpowiedni zapas mydła w domu. A nasz partner zapewni nam obecność papieru toaletowego w kiblu.

Dizajnuch. A tutaj się z Tobą chyba po raz pierwszy do końca nie zgodzę – terapia, czyli jakby nie było, seria rozmów z przysłuchującym się terapeutą, to zupełnie nowa jakość. Po pierwsze, dostrzega on (albo oni, bo w małżeńskich terapiach zazwyczaj jest para psychologów) coś, co nam zazwyczaj umyka i potrafi nam zwrócić na to uwagę. Po drugie, jako osoba z zewnątrz, nie staje się częścią naszej awantury i nie zajmuje stanowiska którejś ze stron. Po trzecie wreszcie potrafi taką awanturę załagodzić, uspokoić i przede wszystkim prowokuje do wyciągnięcia wniosków.

Taka terapia doskonale wpływa na zrozumienie w związku – skąd się biorą nasze zachowania, jaka jest ich geneza, co tak naprawdę nas denerwuje, kiedy kłócimy się o to mydło czy papier. Bo wszyscy dokładnie wiedzą, że to tylko preteksty, ale bardzo niewiele związków potrafi to rozebrać na części pierwsze i przyjrzeć się, o co tak naprawdę była cała awantura. I jak jej unikać w przyszłości.

A to z kolei daje siłę do tego, żeby po takiej kłótni powiedzieć „przepraszam”. Bo dużo łatwiej jest się wydrzeć, niż przyznać przed sobą, że cały ten bałagan to moja sprawka i teraz należałoby po sobie posprzątać. A to już może się odbywać na milion sposobów – czasami wystarczą kwiaty, czasami randka, czasami wolne w pracy i dzień spędzony w łóżku, kiedy dzieci są w szkole. A czasami zwykłe, ale SZCZERE, przepraszam. Co wcale nie musi przekreślać pozostałych, bo co jak co, ale kłótnia wyzwala wiele emocji i kilka hormonów, które zmieszane razem tworzą koktajl bardzo, ale to bardzo uderzający do głowy 🙂

Dziękuję za rozmowę.

Please follow and like us:
20

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *